Spacerkiem po mieście: Semafor w górę

30 czerwca, 2026, autor: Ryszard Biskup

Fragment tekstu pochodzi z II, uzupełnionego wydania książki „Ze sztambucha i raptularza, czyli ocalić od zapomnienia. Kielce 1950-2000”.

Gdyby kieleckie tory mogły mówić, opowiedziałyby historię, która zaczyna się w gęstym zapachu palonego węgla i gorącego smaru lat pięćdziesiątych XX wieku. Wtedy kielecki węzeł był jak wielki, sapiący organizm, serce miasta bijące w rytm rozkładów jazdy. Pamiętam opowieści starych kolejarzy o parowozach Ty2 i Ty51, które z mozołem wspinały się na suchedniowskie wzniesienia, wyrzucając z  kominów pióropusze dymu, osiadającego na kieleckich kamienicach. To był czas ludzi o dłoniach czarnych od sadzy, czas budowania potęgi „żelaznych dróg” na powojennych zgliszczach, gdy praca na kolei dawała nie tylko chleb, ale i niosła ze sobą – całkowicie zrozumiałą wówczas – dumę z granatowego uniformu.

(…)

Lata 90. przyniosły jednak chaos, który wdarł się na perony wraz z wolnym rynkiem. W  tunelu pod dworcem, tym dusznym, zamienionym w  targowisko próżności tunelu – łączniku między ulicą Sienkiewicza, placem Niepodległości a Mielczarskiego, zapanowała wolna amerykanka. Na łóżkach polowych i turystycznych stolikach pysznił się dorobek kapitalizmu: tureckie swetry z „angory”, pirackie kasety magnetofonowe z disco polo, niemieckie proszki do prania i jeansy, które tylko udawały oryginały. Nad tym wszystkim unosił się ciężki, tłusty zapach drożdżowych zapiekanek z budek przy placu Niepodległości. Dla wielu podróżnych bułka z pieczarkami była jedynym smakiem Kielc, jaki w tych siermiężnych czasach zapamiętywali między przesiadkami.

(…)

Semafor-w-górę
Rok 1981.
To był czas, gdy nawet stalowe kolosy „zapisały się” do związku. Kielecka rzeczywistość tamtych dni uchwycona w kadrze.
Fot. ze zbiorów Jarosława Machnickiego

Tamten kolejarski świat z „Syberii” i herbskiej górki rozrządowej, choć dziś wydaje się odległy niczym parowozy z lat pięćdziesiątych, wciąż pulsuje pod warstwą nowoczesnego betonu i lśniącej stali. Pozostał w naszej pamięci jako symbol czasów, w których praca na torach oznaczała przynależność do specyficznego zakonu – ludzi twardych, rzetelnych i dumnych ze swojego fachu.
I choć stare semafory kształtowe dawno już opadły, ich blask wciąż bije z kart tej opowieści. Przypomina nam, że kielecka tożsamość wykuwała się nie tylko w blasku neonów na Sienkiewce, ale też w rytmicznym stukocie kół, w huku przetaczanych wagonów i w trudzie ludzi, dla których kolej była czymś więcej niż tylko sposobem zarabiania na chleb. Była życiem, które mimo upływu lat wciąż jedzie z nami w tym samym, wspólnym składzie wspomnień.

Autor: Ryszard Biskup
Kielczanin, dziennikarz, fotoreporter, podróżnik, regionalista i historyk. Przez ponad ćwierć wieku związany z dziennikiem „Słowo Ludu”. Laureat kilkudziesięciu dziennikarskich konkursów. Od wielu lat także przewodnik turystyczny oraz licencjonowany pilot wycieczek zagranicznych. Ponadto, autor wielu artykułów naukowych i książek.

Powyższy fragment tekstu pochodzi z II, uzupełnionego wydania książki „Ze sztambucha i raptularza, czyli ocalić od zapomnienia. Kielce 1950-2000”.

Więcej tekstów Ryszarda Biskupa na www.2tk.pl w zakładce „Spacerkiem po mieście”.