Na dobry początek: Na co patrzymy i czego nie widzimy

18 maja, 2026, autor: Marek Malarz

Na naszych oczach dokonuje się właśnie bezpowrotna operacja na tkance Kielc. I najgorsze jest to, że większość z nas zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Zauważamy szczegóły, nie widzimy przyczyn i konsekwencji.

Gdy przy ulicach Łódzkiej, Jesionowej i 1 Maja padały kolejne drzewa pod budowę miejskiego odcinka trasy S74, mijający je kierowcy rejestrowali ten widok jedynie jako kolejne, irytujące utrudnienie drogowe. Kiedy radni przegłosowali dzisiaj budowę 17-piętrowych wieżowców przy ulicy Mielczarskiego, mało kto poza bezpośrednimi sąsiadami inwestycji podniósł brew.

A przecież to nie są kosmetyczne poprawki. To decyzje, które fizycznie i nieodwracalnie zmieniają przestrzeń, w której żyjemy. Zielone dotąd arterie zamienią się w betonowe wąwozy, a panorama miasta zyska nową, dotąd niespotykaną w tej okolicy skalę zabudowy. Refleksja przyjdzie za późno – dopiero wtedy, gdy zamiast horyzontu z okna zobaczymy ścianę z pustaków, a znajomy skwer zostanie zalany asfaltem. Bo zwykle dostrzegamy stratę dopiero wtedy, gdy po starej codzienności zostaje puste miejsce.

Dzisiaj trudno patrzeć bez emocji na wycinkę miejskiej zieleni. Ale uczciwość wymaga, by głośno powiedzieć też drugą prawdę: obie te inwestycje są dla Kielc potrzebne i absolutnie nieuniknione. Bez nich miasto skazuje się na komunikacyjną i demograficzną marginalizację.

Wylotówka S74 przez środek miasta od lat była bombą zegarową. Kielecki oddział GDDKiA słusznie podkreśla, że bez tej trasy tranzyt na osi Łódź–Rzeszów na stałe zablokuje ruch lokalny. Dzisiejszy dramat z wycinką drzew to jednak błąd pierworodny, który popełniono dwie dekady temu. Plan przebiegu w śladzie ulic Jesionowej i Łódzkiej zatwierdzono w czasach, gdy myślenie o zieleni miejskiej i zmianach klimatu w zasadzie w Polsce nie istniało. Projektowano infrastrukturę twardą, samochodową. Dziś drogowcy po prostu realizują to, co przed laty bezpowrotnie przypieczętowano. Ceną za wyjęcie tirów z miejskich skrzyżowań stała się dewastacja dawnego zielonego bufora.

Dlaczego więc społeczeństwo reaguje wyłącznie oporem i frustracją? Tutaj otwiera się ogromny problem z rolą, jaką w tym procesie odgrywają współczesne media – zwłaszcza te internetowe, żyjące z odsłon. Ktoś mógłby zapytać, czy to wypada, by krytykować własne środowisko? Odpowiedź brzmi, że nie tylko wypada, ale to wręcz nasz obowiązek. Bo rzetelne dziennikarstwo ustąpiło dziś miejsca algorytmom.

Zamiast budować zrozumienie dla wielkich, skomplikowanych projektów, media wolą iść na łatwiznę. Wolą epatować zdjęciami ściętych pni i karmić czytelników strachem przed wielomiesięcznym paraliżem drogowym.

To czysty biznes klikalności. Przecież łatwiej wywołać oburzenie pokazaniem powalonego drzewa. Trudniej natomiast rzetelnie, przy pomocy infografik i analiz urbanistycznych, wytłumaczyć, dlaczego ten beton jest nam dziś niezbędny do przeżycia. Przez takie podejście media nie informują, a jedynie potęgują chaos. Mieszkaniec nie dowiaduje się, jak zmieni się jego miasto za pięć lat. Dowiaduje się tylko, że jutro postoi w korku i że „zabierają mu zieleń”. Szybkie portale informacyjne przestały rozumieć swoją misję edukacyjną, zamieniając ją na tanie, emocjonalne zasięgi.

A przecież równolegle musimy mierzyć się z kolejnymi trudnymi (na pewno nie ostatnimi) decyzjami, jak choćby z dzisiejszą kontrowersyjną uchwałą podjętą przez radnych, czyli Lex Deweloper dla ulicy Mielczarskiego. Powstaną tam segmenty o wysokości 14 i 17 kondygnacji. Podczas sesji kieleccy rajcy musieli wyważyć racje protestujących sąsiadów oraz interes kurczącego się demograficznie miasta.

Zwolennicy tej zabudowy, wśród których znalazła się większość radnych Koalicji Obywatelskiej oraz klubu prezydenckiego Macieja Burszteina, wskazują na twarde realia urbanistyczne. Reprezentujący ten okręg radny Wiktor Pytlak zwracał uwagę, że w ramach inwestycji powstanie wyczekiwany Park Leśny pomiędzy ulicami Piekoszowską i Mieszka I. Deweloper Trakt Invest 4 zobowiązał się do rewitalizacji tej przestrzeni oraz przebudowy lokalnej sieci wodociągowej. Urbanistyczny konsensus jest tu jasny. Jeśli Kielce nie będą dogęszczać śródmieścia i terenów poprzemysłowych, koszty rozlewania się miasta na peryferie uduszą budżet.

Stoimy na pękniętym fundamencie. Chcemy Kielc zielonych i nostalgicznych, a z drugiej strony – nowoczesnych, z dobrymi drogami i nowymi mieszkaniami dla młodych, którzy inaczej uciekną do Krakowa czy Warszawy.

Etap dyskusji o tym „czy” budować, mamy już za sobą. Klamka zapadła. Dzisiejsza rola mieszkańców – ale i odpowiedzialnych, myślących mediów – nie powinna polegać na ślepym blokowaniu zmian. Powinna polegać na mądrym patrzeniu urzędnikom i deweloperom na ręce. Nowoczesne Kielce potrzebują dróg i wieżowców, ale pasażerowie i nowi lokatorzy wciąż będą potrzebować cienia drzew.

Zobacz również:

O tym się mówi