Spacerkiem po mieście: Kieleckie kawiarnie – „Biruta”

22 czerwca, 2024, autor: Ryszard Biskup

Kieleckie kawiarnie. Której należy się ranga tej, która onegdaj była najlepsza i prestiżowa, najwyższej rangi, najbardziej prestiżowa? To „Biruta”?

Legenda i lokalny mit owiewa swoim ogonem lokal prowadzony przez Smolińskiego. Kawiarnię na rogu Małej i Konstantego, założoną tak dawno, że nikt dzisiaj nie pamięta, bo nie może. Przecież to było w zamierzchłych, dziewiętnastowiecznych jeszcze czasach. Wtedy to kielecki establishment w przerwach między piekielnie ważnymi zajęciami, jakie zaprzątały umysł, powagę i uwagę, zasiadał na giętych krzesłach. Specjalnie sprowadzonych z warsztatów meblarskich w Rosji. Przy filiżance ekstraktu z tureckich ziaren, smakował pieczyste półgęski, pulardy. O domowych pasztetach oczywiście nie wspominając.

Mężczyźni, moczący wąsy w ciętych w grubym szkle szklankach herbaty parzonej wrzątkiem z samowarów. Wykwintne toalety dam, a także dyskretna nuta sprowadzonych z zagranicznych drogerii perfum. Pan radca w tużurku, jak również pani rejentowa w nowym, sprowadzonym podobno z samego Berlina, kapelusiku z rajerem… Sama elegancja, szyk, tembree i klasa.

A może przeszklone, kryształowe witryny w pomieszczeniach Króla w hotelu Wersal? Gdzie wstępowano w niedziele przede wszystkim na domowe biskwity, przełożone warstwami kolorowych kremów torty, latem na zmrożone kulki śmietany, kieliszek kruszonu albo miętowego likieru.

A może istniejąca jeszcze przed wojną i dziwnym trafem niezlikwidowana przez nowy ustrój, kameralna cukiernia „Bajka”? Ta prowadzona przez Radomskiego na Krakowskiej Rogatce. Nie, zdecydowanie nie. To raczej była zwyczajna ciastkarnia. Taka w której do podanego na ozdobionym sinym ornamentem fajansowym talerzyku ptysia albo napoleonki, właściciel przytulnego, schowanego w skarpie ogrodu Karscha bistra, osobiście serwował także lampkę deserowego wina „mistella”.

Pod koniec lat pięćdziesiątych minionego stulecia, czyli już dobre ponad pół wieku temu, jako o pierwszej w mieście kawiarni, mawiano z przekonaniem tylko o dwóch lokalach. „Kolorowej” albo „Staromiejskiej”. W „Kolorowej”, w trzech pomieszczeniach na rogu Sienkiewicza i Kilińskiego, przy stolikach z laminowanymi blatami, można było rzeczywiście delektować się gorzkim smakiem neski albo mokki. Popijano kawę parzoną wodą z imbryka w szklance. Ekspres w lokalu pojawił się dopiero po kilku latach. Wtedy, gdy kielecka gastronomia wdrapała się na zdecydowanie wyższy poziom, niż w odchodzących  z oporem, bo z oporem, ale jednak  zdecydowanie do lamusa, czasach  siermiężnego stylu towarzysza Wiesława.

„Staromiejska” przy Rynku, przechrzczonym zgodnie z polityczną modą epoki na plac Partyzantów, oferowała kawę z syczącego kłębami pary, prawdziwego włoskiego ekspresu. Tyle, że do wiecznie zadymionej dymem najpopularniejszych w całej Polsce papierosów „sport” kawiarni, na małą czarną nikt raczej nie zachodził. Całymi dniami stoliki w kamienicy, wybudowanej przed wiekami przez kucharza Gilbę z biskupiego pałacu, okupowała jednoznaczna publiczność. Byli to taksówkarze, którym akurat nie opłacało się jeździć dychającymi „warszawami” i rzemieślnicy, którzy co prawda na brak zleceń nie narzekali, ale do roboty zapędzali swoich czeladników.

Obcy goście byli w lokalu niechętnie widzianymi intruzami. Bywalcy zbijali się w towarzyskie kręgi, w których od rana do wieczora dyskutowali o wszystkim i niczym. Przy stolikach przesiadywały utapirowane panienki, wiecznie czekające na księcia z bajki, który jakoś w drzwiach lokalu się nie pojawiał, nie zabierał chętnych na mariaż dam w daleki, cudowny, wymarzony przy kolejnej butelce wody sodowej, świat.

Jednak gdy w Warszawie zainstalował się u władzy czesany na jeżyka dygnitarz, powiało w Kielcach zupełnie nowym wiatrem. Miasto na swój jubileusz dziewięćsetlecia istnienia, otrzymało wreszcie szykowną kawiarnię z prawdziwego zdarzenia. Usytuowaną co prawda nie w samym centrum, ale przecież w reprezentacyjnym miejscu. Usytuowaną przy bulwarach rzeki, wylotowej trasie, przy okazji także przy spacerowej promenadzie z wysokimi topolami. Na parceli przy administracyjnej siedzibie spółdzielni mieszkaniowej „Armatury”, zaraz za pierwszym wybudowanym w Kielcach rondem. Przy zbiegu ulic Karczówkowskiej i Nowotki.

Kawiarnia-Biruta
Lata 70. XX wieku
„Biruta” kokietowała publiczność fantazyjną architekturą. W Kielcach mówiono z przekąsem, że została zaprojektowana na planie koła, by klientela nie kryła się po kątach.
Fot. Janusz Buczkowski
Ze zbiorów Muzeum Historii Kielc

Przeszkloną rotundę, ochrzczoną „Biruta”, zaprojektowano na deskach kreślarskich „Inwestprojektu”, w zespole Elżbiety Kubali. Okrągłą, niespotykaną wcześniej formę lokalu wymyślił Grzegorz Bauer. Oczytani w szkolnych lekturach erudyci doskonale wiedzieli, że cała ta Biruta to platoniczna miłość Marcinka Borowicza z „Syzyfowych Prac”. Mniej zorientowani, których w Kielcach nigdy nie brakowało i nie brakuje, wmawiali chętnym do wysłuchiwania bzdur, że to nie żadna Biruta tylko birkut. Czyli szlachetny drapieżny orzeł, nasz polski, symbol dumnego narodu.  Ptaszysko jest, zdaniem tych uczonych na przyspieszonych kursach mądrali, patronem okrągłej kawiarni. Zaraz też niedowiarkom tłumaczono z przekonaniem,  że to szczera i najszczersza prawda, tylko kierownikom „peesesu” – jak zawsze – coś się tam pomyliło, jednej litery w nazwie lokalu zabrakło i zamiast birkuta jest w Kielcach ta cała „Biruta”.

Z kolei przybysze z innych regionów kraju, zachodzili w głowę, czym się też zasłużył nad Silnicą ten cały zapisany przecież niezbyt chlubnie w polskiej przeszłości, Bolesław Bierut, że go aż uhonorowano w Kielcach gastronomicznym cackiem. Biruta, Birkut czy Bierut, jakie to ma większe znaczenie? Lokal jest, kawa pyszna, czysta zimna, koniak gruziński. Wnętrza wymyślił przez kilka miesięcy znakomity artysta, który na swoim koncie miał już wówczas inne niezwykłe realizacje plastyczne w mieście, Andrzej Grabiwoda. Wspierany w zbożnym dziele przez scenografa teatralnego, Janka Golkę.

Kielce
Lata 80. XX wieku
Kawiarnia nad Silnicą była najpopularniejszym miejscem spotkań młodego pokolenia.
Fot. Janusz Buczkowski
Ze zbiorów Muzeum Historii Kielc
Kieleckie-kawiarnie
Lata 90. XX wieku
Wszystko było w tym miejscu zbudowane na planie kola. Od parkietu do tańca przez podium dla klienteli po barek w którym za ekspresem do kawy królowały butelkach tunezyjskie, węgierskie, a także rumuńskie wina, bułgarskie koniaki, a czasem polska żytniówka i jarzębiaki.
Fot. Janusz Buczkowski
Ze zbiorów Muzeum Historii Kielc
Kawiarnia-Biruta
Lata 90. XX wieku
Szyk, styl, smak i elegancja, stonowana kolorystyka, upięte elegancko firanki w szerokich witrynach okiennych, paprotki w doniczkach. „Biruta” była zawsze ekskluzywna.
Fot. Janusz Buczkowski
Ze zbiorów Muzeum Historii Kielc

Grabiwoda był wcześniej autorem projektów wnętrza dworca kolejowego, dworca autobusowego, wystroju wnętrz restauracji, sklepów, pawilonów, wielu świątyń, jak długa i szeroka diecezja. Największym osiągnięciem tego znakomitego wizjonera, akwarelisty i malarza jest projekt wnętrz Kieleckiego Centrum Kultury. Ale to zdecydowanie inne, późniejsze o dekady lata.

Andrzej-Grabiwoda-Kielce
Lata 90. XX wieku
Jedną ze ścian lokalu ozdobiła fantazyjna płaskorzeźba Adama Wolskiego.
Fot. Janusz Buczkowski
Ze zbiorów Muzeum Historii Kielc

Ponieważ budynek kawiarni został wpisany w okrąg i posiadał formę rotundy, to i wszystko zostało podporządkowane łagodnym liniom. Okrągła sala, podwyższony na cztery stopnie, nakryty puszystym dywanem pierścień sali dla miłośników kawy, okrągły parkiet z dębowej klepki, półokrągły, podświetlany przez podwieszone ze stropu lampiony, kontuar. Wyściełane zieloną tapicerką fotele również nie odbiegały od wszechobecnej zasady i rytmu. Były miękkie, puszyste, lekko zaokrąglone. Jednak pan artysta nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził w życie jednego chociaż elementu pozornie zakłócającego porządek. Inwersje w całym wystroju „Biruty” stanowiła ustawiona w samym centrum parkietu gipsowa konstrukcja. Dwa przełamane w połowie bloki. Wymalowane na jaskrawo biały, kontrastujący z barwami całego wystroju lokalu, kolor.

Andrzej-Grabiwoda
Lata 90. XX wieku
Jedyny wybryk w tym okrągłym, rotundowym świecie stanowiła fantazyjna, wymyślona przez projektanta gipsowa konstrukcja ochrzczona przez bywalców natychmiast „szczęka”.
Fot. Janusz Buczkowski
Ze zbiorów Muzeum Historii Kielc

Bywalcy lokalu, początkowo lekko zaskoczeni, z czasem zaakceptowali ten dowcip mistrza. Trudno było przecież nie zauważyć olbrzymiej, wypiętrzonej w samym centrum, kompozycji. Gipsowe, ustawione jeden na drugim i przecięte prostokątnymi uskokami śnieżnobiałe elementy natychmiast nazwano szczęka.

Stanowiła ona tło, element scenograficzny estrady, na której swoje wdzięki prezentowały pierwsze w Kielcach stripteaserki. Gdy za oknami była głęboka noc, kolorowe reflektory omiatały parkiet, na który wyskakiwała z zaplecza, kuso odziana w tiule i szyfony, panienka w srebrnych bucikach. Tupała podkówkami po wypastowanym na wysoki połysk parkiecie, pląsała wymachując rękoma, z każdym ruchem pozbawiając się kolejnego elementu skąpej szatki. Najpierw zwiewna peleryna, potem żółta, przyczepiona spinką do peruki przepaska, tiulowa chusta z powiewającymi frędzlami, skrywająca zgrabny biust, na koniec zsuwały się po udach delikatne jak mgła majteczki. Jednak co skrywały, nie wiadomo, bo czujny operator świateł pstrykał klawiszem i zapadały egipskie ciemności. Wykonująca erotyczny taniec dziewoja znikała niczym złoty sen.

Andrzej-Grabiwoda
Lata 90. XX wieku
Głęboką nocą, dwa razy w tygodniu parter kieleckiej kawiarni zamieniał się w jaskinię seksu. Gdy w „Birucie” gasło światło a na zaimprowizowanej estradzie swoje wdzięki prezentował sprowadzane spoza Kielc stripteaserki.
Fot. Paweł Pierściński
Ze zbiorów Muzeum Historii Kielc

Artystyczną działalność akceptował co tydzień z urzędu cenzor. Czuwał on, by przypadkiem do zgorszenia, czy też obrazy obyczajowości nie doszło. Kielecki kierownik delegatury urzędu kontroli publikacji prasy z Mysiej w Warszawie, Bogumił Pelczarski, podobno tylko jeden, jedyny raz, nie postawił pieczątki na przedstawionym do akceptacji scenariuszu. Urzędnik z wojewódzkiej instytucji z niesmakiem opuścił wówczas „Birutę”. Okazało się bowiem, że publiczności swoje wdzięki ma zaprezentować w ciemnościach żadna tam Julietta, tylko przebrany za babę kierowca służbowego samochodu „fiat 125”. Tego, którym na taneczny popis przyjechali do Kielc artyści z miasta Łodzi. Argumenty, że panna Julietta utknęła akurat na popisie w hotelu w Piotrkowie Trybunalskim, kieleckiego cenzora absolutnie nie skruszyły.

Zdecydowanie większym powodzeniem niż pokazy striptease, cieszyły się organizowane w kawiarni systematycznie wieczory klubowe. Były to zazwyczaj dancingi aranżowane przez pierwszego nad Silnicą prezentera. Gość z dwoma magnetofonami, nawiniętymi na cztery szpule taśmami z muzyką, znaną z list przebojów, uruchamiał aparaturę, od czasu do czasu wykrzykiwał do mikrofonu jakieś ginące w gwarze biesiadników i kakofonii słowa. Kto chciał, ruszał na parkiet i kiwał się do rytmu, dudniącego z dwóch podwieszonych pod sufitem kolumn głośnikowych.

Działalność artystyczna była opłacana dodatkowo, przy wejściu, obok szatni, gdzie dyżurował cerber kasujący klientów obowiązkową, acz niewygórowaną opłatą. Łagodna selekcja sprawiała, że – co zdarzało się często – na sali i tanecznym parkiecie tłoczyło się zdecydowanie więcej osób, niż było miejsc w całym lokalu. Gdy kiedyś doszło do sytuacji, w której dla naszej kilkuosobowej grupy zabrakło stolika, przy którym moglibyśmy biesiadować, obywatel Ptak, birbant co prawda, ale czasem człowiek rozsądny, klasnął z radości w obie dłonie:

Panowie, jesteśmy na prawie, mamy ich

– krzyknął.

Zapłaciliśmy za wstęp do Biruty, otrzymaliśmy bilety, a to jest dowód zawarcia umowy

– perorował podniecony.

Jutro piszemy pozew, sprawa jest wygrana, domagamy się od kawiarni odszkodowania, mamy nie tylko gwarantowaną satysfakcję, ale odszkodowanie w dowolnej, żądanej przez nas wysokości

– pokrzykiwał z zachwytu nad fartem, jaki nas dopadł.

Zapędy pieniacza na szczęście powstrzymał Rysiek Miernik, który uradowanego gościa osadził w miejscu. Najpierw rzucił niecenzuralne słowo, by po chwili przypomnieć, że przyszliśmy na Karczówkowską, żeby się dzisiaj napić, a nie jutro procesować.

Po kilku miesiącach tenże sam Ptak zrealizował jednak w „Birucie” chytry plan zbicia kapitału na organizacyjnym bałaganie. Otóż nasz przyjaciel zawędrował wieczorem do kawiarni. Oczywiście kupił wejściówkę. Wolnego stolika – jak się zwykle zdarzało –  juz nie było. Zajął więc strategiczne miejsce przy kontuarze. Na sali bawiła się w najlepsze załoga jednej z kieleckich fabryk. Na zakładowym, zorganizowanym przez związki zawodowe, towarzyskim spotkaniu. Nasz przyjaciel błyskawicznie zorientował się, gdzie leżą konfitury.

Kierownikowi przygrywającego do tańca kwartetu muzycznego przedstawił się jako szef związków. Szefa związków przekonał natomiast, że jest menagerem umilającego czas gościom ansamblu. Zaaranżował koncert życzeń. I to właśnie o niego z prośbą o wykonanie popularnego utworu zwracali się podnieceni luźną atmosferą balujący na parkiecie. Inkasował opłatę, zamawiał u muzyków utwór, płacił za zlecenie jakiś tam grosz, część pieniędzy zatrzymując oczywiście w kieszeni. Mechanizm, a jakże, funkcjonował bez zgrzytów. Wszyscy byli zadowoleni. Nasz koleżka wrócił do domu nasycony. Napasiony, napity, z kilkoma tysiącami złotych w kieszeni.

To oczywiście wydarzenie marginalne, sporadyczny raczej eksces. Na co dzień do „Biruty” zachodziło się na dobrą kawę, lampkę rumuńskiego albo węgierskiego wina, bułgarski koniak. Ponadto na melbę, znakomity sernik węgierski. Smakosze uwielbiali serwowane od rana flaki z kurczaka albo pikantne, przygotowane na ruszcie, pieczarki. Kuchnia większej konkurencji w Kielcach nie miała.

Upadek kawiarni nastąpił razem z przemianami ustrojowymi. Reorganizacją, reformami gospodarczymi i zmianami, które nie takie lokale jak kielecka „Biruta” zmiotły raz na zawsze. Elegancki lokal, a także rzecz jasna kultowe w Kielcach miejsce straciło swoją rangę. Zamiast gości z klasą, pięknych panienek i przyzwoitego zespołu muzycznego, pojawili się w rotundzie ludzie z marginesu, szemrane, hałaśliwe towarzystwo. Nikt nie zamawiał już alkoholowych drinków. Nowi „bywalcy” gorzałę albo proste wino przynosili za pazuchą i bezceremonialnie doili trunki prosto z gwinta. Nagle i raczej nieoczekiwanie dla wszystkich byłych i obecnych klientów kawiarni, okazało się że księżniczka rotunda zostaje zamieniona nie w żabę z popularnej bajki dla grzecznej dzieciarni, ale najpierw w sklep meblowy, potem – o zgrozo – w zwyczajny warzywniak. Taki w którym handluje się cebulą, marchwią, ziemniakami, jak również kiszoną kapustą. Na koniec, jak zapewne wszyscy wiemy, „Biruta” zmieniła się w „Biedronkę”…

Biruta
Rok 1998
Po wiosennej powodzi, gdy w Kielcach lunęło tak bardzo, że klękajcie narody kawiarnię zalało. Wysoka fala na Silnicy przyniosła radykalną zmianę. „Biruta” najpierw została wyremontowana, ale tylko po to by kultowe miejsce zamienić z czasem w popularny dyskont.
Fot. Janusz Buczkowski
Ze zbiorów Muzeum Historii Kielc

Tekst pochodzi z książki „Ze sztambucha i raptularza, czyli ocaliś od zapomnienia. Kielce 1950-2000”.

Więcej tekstów Ryszarda Biskupa na www.2tk.pl w zakładce „Spacerkiem po mieście”.

Autor: Ryszard Biskup
Kielczanin, dziennikarz, fotoreporter, a także podróżnik, regionalista i historyk. Przez ponad ćwierć wieku związany z dziennikiem „Słowo Ludu”. Laureat kilkudziesięciu dziennikarskich konkursów. Od wielu lat również przewodnik turystyczny oraz licencjonowany pilot wycieczek zagranicznych. Ponadto, autor wielu artykułów naukowych i książek.