Fragment tekstu pochodzi z II, uzupełnionego wydania książki „Ze sztambucha i raptularza, czyli ocalić od zapomnienia. Kielce 1950-2000”.
(…)
W takim anturażu, w takim kawałku kieleckiej ulicy usadowiły się placówki szczęścia, przedsionki pałaców fortuny, forpoczty instytucji Toto-Lotka. Namiastki dopiero, zalążki przyszłych kolektur. Szczęście rozsiadło się wygodnie, po pańsku, na ceratowym taborecie i cierpliwie czekało na gości, którym los obiecywał niebywałą, bliską na wyciągnięcie ręki fortunę – zdobytą bez większego wysiłku, już, zaraz, teraz, natychmiast. Po skreśleniu na kuponie zaledwie tych sześciu z czterdziestu dziewięciu liczb, czterdzieści dziewięć numerków, czterdzieści dziewięć sportowych dyscyplin, od: 1 jak bobsleje, przez 5 jak bieg na przełaj, albo takie 32 – skoki do wody, czy może 41 – szybownictwo, aż po dwie ostatnie w tej tabeli dyscypliny sportowe – 48 żeglarstwo i 49 żużel.

Ale ten kupon to nie tylko nasze kieleckie podwórko, to panorama polskiej piłki z okresu jej świetności. Na pierwszej pozycji mamy Bałtyk Gdynia, który odprawił krakowską Wisłę z kwitkiem (1:0), a dalej takie marki jak Górnik Zabrze, Legia czy Widzew. Typowanie tych trzynastu spotkań było jak stąpanie po cienkim lodzie – jeden błąd i marzenia pryskały jak bańka mydlana.
Zdjęcia: z archiwum autora
(…)
Nie dziwiło zatem, że przed szeroko rozwartymi drzwiami salonów nadziei kłębił się przez cały tydzień tłum milionerów in spe. Wszak w totka każdy wygrać może, totek szczęściu dopomoże!!! Pracownik kolektury przybijał w stosownym miejscu urzędowy stempel i pozostawało teraz oczekiwać na niedzielne, ogłaszane uroczyście przez radio rezultaty losowania. Wieczorem w niedzielę przy radiu z potencjometrem podkręconym na najwyższą głośność czuwała więc cała polska wielopokoleniowa rodzina. Od seniora do małolata. Pięć, dwadzieścia, trzydzieści dwa… Cholera jasna, znowu pudło, znowu nic, dwie poprawnie zakreślone liczby, jedna.

(…)
W myślach układaliśmy sobie listy rzeczy, które zrobimy po zainkasowaniu wygranej. Jak podają archiwalia, najczęściej wymienianymi marzeniami były: wycieczka zagraniczna, samochód i nowe meble – dobra na ogół i zwyczajnie niedostępne, wymarzone, oczekiwane. Kieleckie kolektury i emocje sprzed lat to nie był zwykły hazard. To była także, a może przede wszystkim, prowincjonalna i lokalna mitologia wykuwana pod adresem Sienkiewicza 37, tuż obok słynnych „Delikatesów”, gdzie zapach mielonej kawy „Mocca” mieszał się z aromatem luksusu zza lady. Centralnym punktem tego mikroświata był on: ołówek kopiowy. Prawdziwy kielecki relikwiarz, gruby i pogryziony przez dziesiątki niecierpliwych graczy, przyplątany do pulpitu sfatygowanym sznurkiem.
(…)
Przed kolekturą na Paderewskiego mignęła mi kiedyś sylwetka Leszka Drogosza – naszego Czarodzieja Ringu. Stał skromnie, z tą swoją nienaganną posturą, jakby nawet tutaj, przy wypełnianiu kuponu, zachowywał bokserską czujność. Tuż obok, w ożywionej dyskusji, można było dostrzec asów kieleckiego szczypiorniaka z rodzącej się potęgi Iskry Kielce czy piłkarzy Korony, którzy na stadionie przy ulicy Szczepaniaka zostawiali serce, a tutaj szukali odrobiny szczęścia w „systemach”. Mówiło się, że sportowcy mają fory u losu, ale pod „trzydziestką siódemką” każdy był tylko jednym z tysięcy „scyzoryków” z kuponem w garści.
A potem nadchodziła sobota. Czas święty. Godzina losowania wyznaczała rytm kieleckich domów – od Pakosza po Szydłówek. Gdy w czarno-białych „Neptunach” czy kolorowych „Rubinach” zaczynały tańczyć kule, miasto zamierało. Nawet słynny majonez „Kielecki” na stole wydawał się wtedy bardziej uroczysty.

(…)
Nie pamiętam, ale szóstki, czyli tego wymarzonego, oczekiwanego z suchością w gardle miliona, pożądanej głównej wygranej nikt w tamtych odległych latach nie skreślił. Piątkę w naszej okolicy trafił w latach sześćdziesiątych prowadzący skup butelek przy Krakowskiej obywatel o nazwisku Szpont. To było coś koło stu tysięcy złotych, wypłaconych po dwóch tygodniach od losowania.
(…)
Dziś zielone budki zniknęły z krajobrazu, wyparte przez cyfrowy chłód terminali, ale w nas, „scyzorykach” z tamtych lat, wciąż tli się nutka niepoprawnego optymizmu, lekkiego i zwiewnego wspomnienia. Bo „Lotto” w tamtych Kielcach to nie był zwykły hazard. To była przecież jakaś zbiorowa terapia na szarość epoki niedoboru, nasz wentyl bezpieczeństwa dla marzeń, skreślany codziennie od nowa, z niezłomną wiarą, że los w końcu uśmiechnie się właśnie do nas – tu, w samym sercu Gór Świętokrzyskich, nad naszą poczciwą, leniwie płynącą do Bobrzy Silnicą.

Fot. z archiwum autora
Autor: Ryszard Biskup
Kielczanin, dziennikarz, fotoreporter, podróżnik, regionalista i historyk. Przez ponad ćwierć wieku związany z dziennikiem „Słowo Ludu”. Laureat kilkudziesięciu dziennikarskich konkursów. Od wielu lat także przewodnik turystyczny oraz licencjonowany pilot wycieczek zagranicznych. Ponadto, autor wielu artykułów naukowych i książek.
Powyższy fragment tekstu pochodzi z II, uzupełnionego wydania książki „Ze sztambucha i raptularza, czyli ocalić od zapomnienia. Kielce 1950-2000”.
Więcej tekstów Ryszarda Biskupa na www.2tk.pl w zakładce „Spacerkiem po mieście”.