Na dobry początek: Kielecka farsa autobusowa

9 czerwca, 2026, autor: Marek Malarz

W ostatnich dniach miastem wstrząsnął spór o przekazanie ukraińskiej Winnicy 15 wycofanych z ruchu, spalinowych Solarisów. Miasto partnerskie miało w zamian podzielić się z nami wiedzą z zakresu obrony cywilnej. Niestety. „Wielka” lokalna polityka, niekompetencja opozycji i wizerunkowa nieporadność Ratusza wygrały z empatią.

Zanim jednak radni zdążyli usiąść do głosowania w tej sprawie na sesji, projekt uchwały został w trybie pilnym wycofany przez prezydent Agatę Wojdę. Mer Winnicy, widząc bowiem skalę politycznych ataków ze strony opozycji oraz przetaczającą się przez kieleckie media falę hejtu, honorowo zrezygnował z daru. Nie chciał, by autobusy pogłębiły i tak już przegłęboki, polityczny konflikt w Kielcach.

Jednak kielecka debata o wycofanych z użytku Solarisach, które zamiast do ukraińskiej Winnicy trafią prawdopodobnie na złom, to diagnoza naszego własnego, lokalnego podwórka. Kiedy mer Winnicy, widząc przetaczającą się przez kieleckie media falę politycznej niechęci i internetowego hejtu, honorowo wycofał prośbę o pomoc, sprawa przestała być problemem technicznym. Stała się lustrem, w którym jako społeczeństwo wypadamy nadzwyczaj blado.

Warto zadać sobie pytanie: co właściwie stało się z nami przez ostatnie lata? W 2022 roku Kielce – jak cała Polska – otworzyły serca, domy i portfele. Pomagaliśmy z odruchu czystej, ludzkiej przyzwoitości. Cztery lata później te same emocje, które wtedy nas jednoczyły, potrafimy bez mrugnięcia okiem spalić w piecu bieżącej walki politycznej.

Absurd całej sytuacji potęguje chłodna matematyka i unijne paragrafy. W wyniku wymiany taboru na ekologiczne elektryki, z kieleckich ulic zniknęło łącznie czterdzieści wysłużonych autobusów z silnikami diesla. Unijne przepisy były bezwzględne – stare pojazdy z lat 2009–2010 musiały zostać bezpowrotnie wycofane z ruchu. Nie mogły już dłużej wozić kielczan. Piętnaście sztuk z tej czterdziestki, które dla Kielc stały się wyłącznie kłopotem magazynowym, urosło jednak w oczach polityków do rangi symbolu rzekomej narodowej uległości i „policzka”.

I w tym miejscu na scenę wkracza ona: Wielka Polityka przez gigantyczne „W”, choć w skali mikroskopijnej. Kieleccy radni opozycji nagle poczuli na ramionach ciężar losów całego globu. Zamiast dyskutować o stanie technicznym uszczelek pod głowicą czy realnej wartości rynkowej kieleckiego złomu, w kuluarach Ratusza zaczęto uprawiać geopolitykę godną Rady Bezpieczeństwa ONZ. Kilkunastoletni, poobijany na kieleckich dziurach Solaris z przebiegiem miliona kilometrów został awansowany do rangi strategicznego oręża dyplomatycznego. Nasi lokalni rajcy, z powagą godną ministrów spraw zagranicznych, zaczęli debatować o polityce historycznej Kijowa, redefiniując pojęcie racji stanu za pomocą rozkładu jazdy linii autobusowej.

To arcyzabawny, choć w gruncie rzeczy potwornie smutny teatr. Ludzie, którzy na co dzień powinni głowić się nad dziurami w kieleckich drogach i kulejącym budżetem, nagle znaleźli idealne paliwo wyborcze w postaci sporu międzynarodowego. Ta „wielka polityka” okazała się zwykłą, małomiasteczkową maskaradą, w której napuszone frazy o dumie narodowej miały po prostu przykryć chęć dokopania nowej prezydent.

Cała ta farsa boleśnie jednak przypomina o grzechu pierworodnym naszej lokalnej demokracji: o tym, kogo właściwie wpuszczamy do sal kieleckiego Ratusza. Co kilka lat, stojąc przy urnach wyborczych, bezrefleksyjnie oddajemy głos na ludzi, których jedyną kompetencją okaże się głośny krzyk, partyjny szyld i sprawne posługiwanie się populistycznymi uproszczeniami. Dopuszczanie do realnej władzy osób bez elementarnego merytorycznego przygotowania, które nie odróżniają zarządzania komunalnego od wiecu wyborczego, mści się potem na nas wszystkich. Kiedy brakuje wiedzy o unijnych restrykcjach taborowych czy korzyściach płynących z międzynarodowej obrony cywilnej, najłatwiej jest uciec w tanią demagogię.

Sprawiedliwość publicystyczna wymaga jednak, by kijem uderzyć w oba bębny. Kielecki Ratusz, z prezydent Agatą Wojdą na czele, również zafundował nam popis porażającej amatorszczyzny. Trzeba wykazać się wyjątkową polityczną naiwnością, by tak delikatny, obciążony gigantycznymi emocjami temat wrzucić do opinii publicznej bez jakiegokolwiek wcześniejszego przygotowania gruntu. Zamiast szerokiej akcji informacyjnej, rzetelnego wyłożenia na stół unijnych zakazów i jasnego wytłumaczenia korzyści płynących z barteru, prezydent i jej otoczenie postanowili działać metodą faktów dokonanych. Kiedy wylało się polityczne szambo, zamiast twardej i profesjonalnej obrony projektu, kieleccy urzędnicy schowali głowy w piasek, pozwalając populistom na całkowite przejęcie narracji. Kapitulacja rządu miejskiego i wycofanie uchwały w popłochu po jednym piśmie z Winnicy to nie jest dowód na sprawność nowej władzy. To bolesna lekcja, że dobre chęci w starciu z bezwzględną polityczną rzeczywistością znaczą niewiele, gdy brakuje instynktu samozachowawczego i umiejętności profesjonalnego zarządzania kryzysem wizerunkowym.

W tym wszystkim najbardziej poraża jednak ewolucja ludzkich postaw. Gdzie podziała się tamta bezinteresowność, którą jako kielczanie imponowaliśmy światu jeszcze kilkadziesiąt miesięcy temu? Przecież te autobusy miały trafić do ludzi, którzy codziennie mierzą się z paraliżem energetycznym, bombami i strachem. Miały ułatwić życie matkom z dziećmi, starszym osobom, pracownikom próbującym normalnie żyć w nienormalnych czasach. Zamiast tego zrobiliśmy z nich kartę przetargową w plemiennej wojnie na górze, kompletnie odczłowieczając tych, którzy na tę pomoc czekali.

Smutne jest to, jak łatwo daliśmy się wciągnąć w tę cyniczną grę i jak szybko daliśmy sobie wmówić, że pomoc to słabość. Przeciwnicy uchwały zręcznie uderzyli w struny historycznych żalów i ekonomicznego egoizmu, a internetowa machina nienawiści zrobiła resztę. Wystarczyło kilka dni, by prozaiczny gest solidarności utonął w bagnie ksenofobicznych komentarzy. Obnażyliśmy w ten sposób najgorsze ludzkie instynkty: zawiść, brak empatii i łatwość, z jaką potrafimy kogoś skrzywdzić anonimowym kliknięciem w klawiaturę.

Ukraińscy partnerzy pokazali ogromną klasę, rezygnując z daru, by nie pogłębiać naszych wewnętrznych konfliktów. Zobaczyli naszą małość i oszczędzili nam dalszego wstydu. My tej klasy, jako lokalna wspólnota, niestety nie utrzymaliśmy.

Zamiast mądrego dyplomatycznego sukcesu i realnej współpracy, zostajemy z pełnym zapleczem czterdziestu starych diesli, które po wycenie przez rzeczoznawcę skończą jako dawcy części zamiennych lub złom. Wielka polityka, niekompetencja opozycji i wizerunkowa nieporadność Ratusza wygrały z empatią. Chłodny populizm zepsuł to, co budowaliśmy latami. Kielecka lekcja z „autobusów niezgody” zostawia po sobie fatalne przesłanie: w dzisiejszym świecie łatwiej jest zorganizować przetarg na kasację pojazdów niż obronić zwykłą, ludzką solidarność.

autobusy-niezgody
Autobus Solaris Urbino 12 z 2009 roku należący do ZTM Kielce, a eksploatowany swego czasu przez MPK Kielce.
Fot. https://pl.wikipedia.org/
autobusy-niezgody
Autobus Solaris Urbino 18 z 2010 roku należący do MPK Kielce.
Fot. https://pl.wikipedia.org/
Zobacz również:

O tym się mówi