Spacerkiem po mieście: Kieleckie panienki

1 kwietnia, 2022, autor: Ryszard Biskup

Dżentelmen, który w latach sześćdziesiątych raczył był grzecznie zapytać miejscowych czy przypadkiem aby jest w wojewódzkiej metropolii, do jakiej służbowo zjechał, jakieś nocne życie, otrzymał natychmiast szczegółową i precyzyjną zarazem odpowiedź, że i owszem. Tyle tylko, że ją akurat w tym momencie, panienkę swobodnych obyczajów, zęby pierońsko bolą, więc z damsko – męskich rozrywek tym razem nici.

Przed laty kielecki, damski półświatek był równie przaśny, co siermiężny. Nie na darmo miasto, które rozsiadło się w dolinie siedmiu wzgórz, określano przecież w Polsce jako wojewódzką wieś. Przez całe dekady i stulecia, jeżeli już coś się w Kielcach zmieniało, to najwyżej daty w kalendarzu. Bo zawsze było identycznie, czyli tak samo jak przed tygodniem, miesiącem, rokiem. Beznadziejnie, bez lepszych widoków na przyszłość.

Najpopularniejsza przez całe lata i najbardziej wzięta, bo przecież jedyna, kielecka nocna ćma o przezwisku Helka Rokoko na łów wychodziła tylko w egipskich ciemnościach. Bowiem nie tylko w pełnym świetle, ale nawet przy mdłej poświacie lamp jarzeniowych, na swoje wątpliwe wdzięki nie skusiłaby nawet kompletnie pijanego i w dodatku niewidomego adoratora. Klient się trafiał, ale sporadycznie, nasza bohaterka klepała więc kompletną biedę. Przemykała chyłkiem obrzeżami, zakładała sidła, ale zwierzyna w zastawione chytrze wnyki jakoś nie wpadała.

W czasach realnego socjalizmu jedynej, przez długie dekady, reprezentantce płatnej miłości, przybyły konkurentki. Amatorki łatwego chleba – podobnie jak nestorka fachu – reprezentowały jednak poziom odległy o całe lata świetlne od przyzwoitego. Fakt, że jednak istniały i funkcjonowały w mieście nad Silnicą, wynikał z matematycznej logiki – jak jest podaż, to i towar się kiedyś znajdzie. Piekara, Bardotka z Prostej, Gina, Iwona, Chuda śmierć, Łopata, czy Kruszyna, zarzucały na potencjalnych klientów sieci już nie po bramach, czy w    zagajnikach na Stadionie, ale w pierwszorzędnych lokalach, które w epoce Gierka kociły się niczym króliki..

Panienki upodobały sobie szczególnie trzy, usytuowane w ścisłym centrum miasta, lokale. Ekskluzywną restaurację „Bristol” oraz dwie kawiarnie, które poza mokką serwowały tanie wina. Koleżanki po fachu pojawiały się zwykle koło południa w tym samym kącie w „Kolorowej” przy pryncypalnej ulicy, albo rozsiadały elegancko przy stoliku w „Staromiejskiej”. Wymalowane wyzywająco, utapirowane, odziane kuso i na dodatek skropione wodą toaletową „Być może”. Były i cierpliwie czekały na łasych na wdzięki adoratorów. Popalały papierosy, plotkowały, strzelały ślepiami. Bywało, że całymi dniami sieci były puste, ale od czasu do czasu interes kręcił się, jak koło fortuny w popularnym teleturnieju.

Miasto długo komentowało wyczyn jednej z dam, która swoim temperamentem popisała się kiedyś w  kawiarni hotelu „Centralny”. Nie wiadomo za bardzo czy znudzona życiem czy może zdegustowana wyjątkowo marnym poziomem popisu artystycznego zaangażowanej przez samą „Estradę” zawodowej striptizerki, z okrzykiem – „ja mam lepsze cycki niż ona”, wyskoczyła na parkiet. Zerwała przez głowę kusy sweterek i pokazała uradowanej publiczności swoje walory. Rzeczywiście posiadała lepsze, bo przecież „Kruszyna” nosiła stanik z miseczką o nazwie dziesiątej litery alfabetu, a w biuście posiadała – bagatela – co najmniej 120 centymetrów.

W dobie przemian politycznych, gdy to, co nie było zabronione, stało się z dnia na dzień dozwolone, świat kompletnie zawirował i doszczętnie zwariował. W Kielcach, na Białogonie, pojawiła się jaskółka o poetyckiej nazwie „Aleksis” w której – podobno – można było podziwiać taneczne popisy fordanserek z importu. Tak przynamniej twierdził dzielny reporter lokalnej gazety, którego właściciele lokalu przy Krakowskiej specjalnie zaprosili na jeden wieczór z atrakcyjnymi tancerkami. Ugoszczony chłopaczyna niewiele co prawda z upojnego wieczoru zapamiętał, ale kilkanaście zdjęć artystycznych wygibasów do entuzjastycznego tekstu o kunszcie i talencie artystycznym, jaki następnego dnia, już na trzeźwo wystukał na maszynie do pisania, dołączył. Bił się przy tym w piersi kułakiem, aż dudniło w całej redakcji, że wszystko jest eleganckie, na poziomie, sprowadzone jedynie do zmysłowego tańca, żadnych za przeproszeniem zbliżeń, dybania na niewinność nie ma, bo przez trzy godziny, niczego takiego co rozbudzałoby żądze, nie zauważył. W żadnym wypadku! Sam kunszt i artyzm choreograficzny mu zaprezentowano. Artykuł się na szczęście nie ukazał, bo przecież bardziej doświadczeni od młokosa redaktorzy, nie tylko czuli pismo nosem, ale doskonale wiedzieli, gdzie leżą konfitury, co się w domku ozdobionym kolorowym, migającym niczym perskie oko neonem, wyprawia. Co wcale nie przeszkodziło, by interes kręcił się w najlepsze przez długie lata. Z czasem nastąpił jednak upadek. Katastrofę przeniesionej w inny kąt miasta agencji, zakończyła rozprawa przed może nierychliwym, ale sprawiedliwym sądem. Na koniec całej afery ogłoszono bowiem wcale niepobłażliwe wyroki.

Autor: Ryszard Biskup
Kielczanin, dziennikarz, fotoreporter, podróżnik, regionalista i historyk. Przez ponad ćwierć wieku związany z dziennikiem „Słowo Ludu”. Laureat kilkudziesięciu dziennikarskich konkursów. Od wielu lat przewodnik turystyczny oraz licencjonowany pilot wycieczek zagranicznych. Autor wielu artykułów naukowych i książek.